Chce podjąć nowe wyzwania


Sławomir Peszko po siedmiu latach gry w Płocku, raczej opuści gród nad Wisłą. Wszystko wskazuje na to, że stanie się to jeszcze zimą. Podobno interesują się nim Zagłębie Lubin, GKS Bełchatów i Legia Warszawa.

22-letni prawy pomocnik Wisły jest traktowany w Płocku niemal jak wychowanek klubu. Trudno się dziwić. Trafił do niego gdy miał zaledwie 15 lat. Dzisiaj Peszko to siła napędowa płockiego zespołu. Na forach internetowych kibice nafciarzy uważają, że Peszko to połowa wartości drużyny. – On pcha nas do przodu – nie miał wątpliwości Czesław Jakołcewicz, były szkoleniowiec Wisły. – Jest kluczowym zawodnikiem. Gra praktycznie we wszystkich meczach i cały czas idzie na sto procent. Jego odejście byłoby wielką stratą dla drużyny.

Bo Peszko to dzisiaj także najlepszy strzelec Wisły. W tym sezonie ma na koncie już dziewięć goli i jest najskuteczniejszy w II lidze. Wielu fachowców uważa, że to najlepszy sezon Peszki. – Gdyby to była pierwsza liga, chyba zgodziłbym się z tą opinia – mówi. – Ale jednak gram w II lidze, a tutaj poziom jest niższy. Chociaż rzeczywiście to jeden z lepszych sezonów w mojej karierze. Jestem pomocnikiem, a strzeliłem już dziewięć bramek. To na pewno jakieś osiągnięcie.

Wiosną Peszko raczej nie będzie strzelał goli dla Wisły. Co prawda ma kontrakt do 30 czerwca 2008 r., ale prawdopodobnie zimą rozstanie się z Płockiem. To jedyna szansa aby płocki klub coś zarobił na jego odejściu, bo wiosną może zmienić klub za darmo. Wisła stara się namówić Peszkę do zostania, ale rozmowy są bardzo trudne. – Spędziłem w Płocku siedem lat – mówi Peszko. – To szmat czasu. Z jednej strony chciałbym z Wisłą awansować do pierwszej ligi. Jednak z drugiej chciałbym w niej grać już teraz i walczyć o wyższe cele. Poza tym przydałyby się nowe wyzwania.

Peszko ma świadomość, że odchodząc z Wisły podejmuje spore ryzyko. Bo dzisiaj w Płocku jest gwiazdą, doceniają go kibice. Gdzie indziej może być jednym z wielu. – Biorę to pod uwagę – przyznaje. – Ale nie mam pewności, że zostając w Wiśle w przyszłym sezonie nie usiądę na ławce. W innym klubie może być tak, że będę jednym z wielu. Jednak może akurat wystrzelę i będę tym jednym z naj.

Peszko ma zaledwie 22 lata, ale już zdążył zagrać w ponad 80 meczach w ekstraklasie. Ma na swoim koncie występy w reprezentacjach U-19 i U-21. Mimo młodego wieku dzisiaj ciąży na nim duża odpowiedzialność. – Czasami wkrada się w moje poczynania nerwowość – przyznaje. – Trener i koledzy liczą na mnie, a ja potrafię zawieść. Tak jak w meczu z Wartą Poznań, gdzie praktycznie nie istniałem przez całe spotkanie. Zdarzają się słabsze dni.

Do futbolu trafił gdy miał 8 lat. – W rodzinnym Jedliczu nie było zbyt wielu zajęć – opowiada. – Z kolega nie za bardzo chciało nam się uczuć, chociaż podstawówkę skończyłem z wyróżnieniem. Nie chcieliśmy siedzieć całe dnie pod blokiem i poszliśmy do klubu. Ale to nie był taki klub, jak Wisła, gdzie prawie każdy rocznik ma swoją grupę. My trafiliśmy do takiej, w której grali chłopcy starsi od nas o cztery lata. Byliśmy najmłodsi i najmniejsi. Ale dawaliśmy sobie radę.

Po skończeniu podstawówki Peszko postanowił się wyrwać z rodzinnego Jedlicza. Wybór padł na Płock, bo tutaj miał rodzinę. W grę wchodził jeszcze Kraków, ale przeprowadzka tam była zbyt kosztowna. Opuszczenie rodzinnego domu było dla Peszki sporym przeżyciem. – Mama była przeciwna wyprowadzce, ale w końcu dała się przekonać – mówi. – Na początku było mi ciężko. Mieszkałem w internacie, nikogo nie znałem. Ale już po pierwszym obozie z juniorami poznałem chłopaków i było już lepiej.
Przez dwa lata grał w ekipie juniorów Krzysztofa Wachaczyka. Zdobył z nią mistrzostwo Mazowsza, był na mistrzostwach kraju. – Trenerzy chyba zauważyli, że jakoś wyróżniam się z tej grupy – mówi. – Do zespołu seniorów wprowadził mnie Wiesław Wojno, zabierając na obóz z pierwszym zespołem. To było jeszcze w II lidze. Wtedy grali jeszcze Piotr Soczewka, Jurek Wojnecki, który dziś jest kierownikiem zespołu, a wtedy podawałem mu piłki. I tak to się zaczęło.

Miał 18 lat, gdy zadebiutował w I lidze. Pamięta ten mecz bardzo dokładnie. – Był to mecz w Łodzi z Widzewem, który przegraliśmy 0:1 – wspomina. – Pamiętam, że było śnieżnie, a ja zagrałem tylko 12 minut. Trzy dni wcześniej grałem mecz z Wisłą II w Gąbinie. Potem pojechałem do Łodzi, gdzie był cały stadion ludzi, niesamowita atmosfera. Zrobiło to na mnie niesamowite wrażenie. Od tego momentu chciałem już tylko być w pierwszym zespole, siedzieć nawet na ławce, ale być w tej dużej piłce.

Peszko stopniowo wyrabiał sobie pozycje w pierwszym zespole. Ale były też trudne momenty. Taki nadszedł, gdy przez pół roku nie grał w piłkę z powodu kontuzji, a potem siedział na ławce rezerwowych. – Bardzo wtedy pomogła mi moja dziewczyna Ania i jej rodzice – mówi.

W ciągu siedmiu lat pobytu w Płocku Peszko zdążył przeżyć pięciu trenerów. Każdy nowy szkoleniowiec, to nowa koncepcja, styl, zawodnicy. Peszko te innowacje przeżył na własnej skórze. Za Mirosława Jabłońskiego i Josefa Csaplara grał w ataku. Za Jakołcewicza wrócił na swoja ulubiona prawą pomoc. Przeżył też różne metody szkoleniowe, chociażby ośmiogodzinne wpatrywanie się w telewizor i analizowanie gry, wprowadzone przez Csaplara.

Przez te siedem lat Peszko przeżył też wzloty i upadki Wisły. Uważa, że z płocka piłka wcale nie jest tak źle. – Kiedyś ktoś powiedział, ze w Płocku można się oduczyć kopać piłki – mówi. – Jeśli tak jest, to w jaki sposób zdobyliśmy Puchar Polski i Superpuchar, dwukrotnie byliśmy na czwartym miejscu w ekstraklasie, Irek Jeleń został za spore pieniądze sprzedany do Francji, było paru reprezentantów Polski. Naprawdę nie rozumiem tego stwierdzenia. Mnie w Płocku zawsze się dobrze grało. Kibice też potrafią stworzyć w Płocku wspaniałą atmosferę.

Wszyscy jak jeden mąż za atuty Peszki uważają szybkość, niezła technikę, przebojowość. Jego słabsza strona to defensywa. – Czasami za bardzo zapędzę się do przodu i nie wracam do obrony – przyznaje. – Koledzy zwracają mi uwagę, że czasami lepiej jakbym poczekał, a nie leciał za każdą akcją do przodu. Muszę nad tym popracować.

Peszko jest też dość zadziorny na boisku. Często kończy się to dla niego kartką. – Rzeczywiście czasami daję się ponieść emocją i sprowokować rywalowi – mówi. – Ale już coraz rzadziej. Obiecałem sobie, że dokończę mecze w tym roku bez żółtej kartki. Jak na razie od czterech kolejek to mi się udaje.

Piłka nożna dość szczelnie wypełnia życie Sławomira Peszki. Ale gdy tylko ma wolny czas to najchętniej spędza go ze swoją dziewczyną lub w gronie znajomych. Jego marzenia to trafić do jak najlepszego klubu i zadomowić się w nim tak jak w Płocku.

Autor artykułu: Grzegorz Szkopek

Comments are closed.