Leszek Ojrzyński to trener tzw. młodego pokolenia. Ale w karierze szkoleniowca już z nie jednego pieca jadł chleb. Był przez kibiców noszony na rękach, ale także rzucali w niego kamieniami i opluwali. Teraz podjął się arcytrudnego zadania – awansu z Wisłą do ekstraklasy.
35-letni Ojrzyński właśnie podpisał kontrakt z Wisłą. Oficjalnie został jej trenerem, chociaż już od kilku tygodni zajmuje się nafciarzami. Zdążył zobaczyć, jak prezentują się nafciarze w trzech meczach. A ci nie wypadli w nich zbyt dobrze. – To prawda, że gdy zaczynałem rozmowy z Wisłą, zespół miał bezpośredni kontakt z czołówką ligi – mówi. – Teraz sytuacja się zmieniła. Mamy osiem punktów straty do lidera. Ale nie można załamywać rąk, tylko trzeba wziąć się do pracy.
Ojrzyński nie ukrywa, że jest zawiedziony postawą niektórych piłkarzy. – Część zawodników musi przemyśleć swoją postawę – uważa. – Nie wnieśli tyle do drużyny ile od nich oczekiwano.
Nowy szkoleniowiec Wisły, mimo nie najlepszej sytuacji zespołu, jest dobrej myśli. – Nasza strata punktowa jest spora, ale to jeszcze nie tragedia – twierdzi. – Wierzę, że wiosna będziemy kroczyć od zwycięstwa do zwycięstwa. Wierzę, że zawodnicy udowodnią, iż mają charakter i pokażą go na boisku. A wtedy wy będziecie przychylniej pisać i kibice spojrzą przychylniej na drużynę, bo będą widzieć walkę.
Ojrzyński, podobnie jak poprzedni trener nafciarzy, podkreśla, że w II lidze najistotniejsze jest zaangażowanie zawodników. – Niektóre zespoły nie potrafią grać w piłkę, ale na boisku dają z siebie wszystko i to przynosi efekty – mówi. – W II lidze trzeba się rozpychać łokciami, deptać, skakać do każdej piłki. Nie można mieć momentów zawahania, tak jak my mieliśmy z Odrą. Ta walka wręcz pokazuje charakter poszczególnych zawodników i drużyny. Bo to jest druga liga, a my w niej jesteśmy i każdy sobie musi to uświadomić. Kunszt piłkarski jest ważny, ale na pierwszym planie jest zaangażowanie. Tutaj nikt nikomu nie pozwoli pograć piłką. Zawodnicy muszą więc walczyć o każdy centymetr boiska. I tak ma grać Wisła.
Nie ukrywa, że w Wiśle musi się poprawić atmosfera w szatni. – Zawodnicy muszą być jednością, razem dążyć do celu i nawzajem się wspierać – przekonuje. – W myśl powiedzenia: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Tego niestety na razie nie widać. Musimy też znaleźć lidera. Bo to ważna postać w zespole. Był nim do momentu kontuzji Rafał Lasocki. Ale teraz takiego zawodnika brakuje. I to widać na boisku.
Ojrzyński chce przede wszystkim rozmawiać z zawodnikami. Nie zawsze te pogawędki mogą być przyjemne dla piłkarzy. Bo nie wyobraża sobie ponownie sytuacji z meczu w Opolu. – Odra dostała pięć żółtych kartek za ostrą grę, a my cztery za dyskusje i rozkładanie rąk. Tak być nie może. Niektórzy zawodnicy zachowywali się jak gwiazdy. A gwiazdami nie są, bo zajmują ósme miejsce w II lidze – mówi.
Oczekuje od zawodników przede wszystkim ciężkiej pracy. – Nie wyobrażam sobie, żeby zawodnik lawirował czy oszukiwał. Albo podejmuje wyzwanie, albo odchodzi – deklaruje. – Nie wierzę, żeby wszyscy zawodnicy się migali. To mogą być tylko jednostki. Każdy dostanie szansę. Jeśli z niej nie skorzysta, będą podjęte zdecydowane ruchy. To ma być też sygnał w szatni, że to nie są przelewki, że oczekiwania są duże i trzeba dać z siebie wszystko.
Ojrzyński nie obawia się, że jego autorytet ucierpi, bo niektórzy piłkarze będą niemal jego rówieśnikami. – Do Znicza ściągnąłem zawodnika dwa lata starszego ode mnie i dałem sobie radę – mówi. Uważa, że jest trenerem elastycznym. Chociaż przylgnęła do niego „łata” szkoleniowca z twardą ręką. – Może dlatego, że żyję podczas meczu na ławce – mówi. – A, że mam donośny głos, to wszędzie mnie słychać. Czasami jestem impulsywny. Uważam, że czasami można być dla zawodników kumplem, ale trzeba też krzyknąć.
Trener Wisły nie ukrywa, że w zespole potrzebni są nowi zawodnicy. Ma nawet sporządzona listę graczy, których by chciał pozyskać. Uważa, że wystarczyłoby czterech zawodników. Jednak pod warunkiem, że będą to piłkarze wartościowi, którzy od razu mogą wejść do drużyny. Ale sprowadzenie takich zawodników wcale nie będzie łatwe. – Zrobiłem listę środkowych obrońców. Jednak z niej już czterech wypadło. Bo nie jesteśmy tak bardzo atrakcyjni dla zawodników – mówi.
Oprócz tego Ojrzyńskiego może spotkać jeszcze jedna niespodzianka. Jeśli nawet gracz z jego listy będzie chciał występować w Wiśle, może okazać się za drogi dla klubu. Jeśli tak odpadnie dwóch-trzech graczy, czy nadal będzie mówił o awansie? – Przede wszystkim nie sądzę, żeby to się tak negatywnie potoczyło – mówi. – Jeśli nawet nie będzie pieniędzy na dobre wzmocnienia, to i tak jestem dobrej myśli. Przecież nie przychodziłem do Wisły patrząc czy ten albo tamten zawodnik wzmocni drużynę. Patrzyłem na potencjał tej drużyny. A on jest duży. Na pewno zawodnikom trzeba pomóc. Bo niektórzy zboczyli z kursu, a przecież potrafią grać w piłkę. Są dobrzy, tylko muszą się odnaleźć w realiach drugoligowych.
Świeżo upieczony szkoleniowiec nafciarzy może mieć jeszcze jeden orzech do zgryzienia. To odejście z zespołu Sławomira Peszki. Dzisiaj to najskuteczniejszy gracz Wisły i całej II ligi. Bez wątpienia najlepszy zawodnik w płockiej ekipie. – Mając go w zespole na pewno byłoby łatwiej walczyć o awans – mówi Ojrzyński. – Jeśli go zabraknie trzeba będzie wykreować nowego Peszkę. A myślę, że mam do tego szczęśliwą rękę. Z zawodników tylko z III ligi, z którymi pracowałam, ponad 15 gra w ekstraklasie, a nawet w kadrze. To np. Gołoś, Wawrzyniak, Bonin.
Szczęście na pewno wiosną przyda się Ojrzyńskiemu. Jeśli nawet Wisła będzie spisywała się dobrze i wygrywała, to musi jeszcze liczyć na potknięcia najgroźniejszych rywali do awansu. – Musimy przede wszystkim patrzeć na siebie – uważa Ojrzyński. – Trzeba wygrać dwa-trzy mecze i sytuacja może się diametralnie zmienić. W swojej karierze już musiałem odrabiać straty. Tak było w Zniczu. Gdy go obejmowałem miał dwa punkty straty do lidera. A rozgrywki skończyliśmy z przewaga 13 punktów. Co prawda to była III liga, ale u przeciwników byli zawodnicy z pierwszo i drugoligowym stażem. My mieliśmy za to najmłodszy zespół w rozgrywkach. Wierzę, że z Wisła odrobimy wszystkie straty.
Ojrzyński od 10 lat jest trenerem. Skończył warszawski AWF, teraz jest na kursie w szkole PZPN na trenera z licencja UEFA A. Zaraz po nim wybiera się na następny, żeby zdobyć licencje UEFA Pro i prowadzić zespoły z ekstraklasy. Do piłki nożnej trafił w szkole podstawowej w rodzinnym Sońsku k. Ciechanowa. W piątej klasie był już w reprezentacji szkoły, która zdobyła mistrzostwo ówczesnego województwa ciechanowskiego. Później trafił do Tęczy w Płońsku. W szkole średniej miał propozycje przejścia do Petrochemii Płock i Ruchu Chorzów. – Ale nie skorzystałem z nich – opowiada. – Wtedy, żeby zostać trenerem trzeba było skończyć AWF. A ja bardzo chciałem być szkoleniowcem, bo kariera piłkarza jest krótka. Wybrałem więc studia.
W stolicy grał w zespole AZS-u, z którym awansował do III ligi. Na drugim roku studiów skończyła się jego piłkarska kariera. Doznał bowiem poważnej kontuzji. Przez rok miał nawet problemy z chodzeniem. Pod koniec studiów zaczął trenować trampkarzy w Legii. Później został drugim trenerem w trzecioligowej Legionovii. Stamtąd przeniósł się do drugoligowych Błękitnych Stargard Szczeciński. Zbyt długo tam nie pracował. – To był najgorszy moment w mojej karierze – wspomina. – Byłem 500 kilometrów od rodziny, a zespół już po trzech meczach powinien się wycofać. Na wszystko brakowało pieniędzy. Zawodnicy chudli w oczach i mdleli na boisku. Zresztą Błękitni nie dotrwali nawet do końca pierwszej rundy.
Ze Stargardu trafił do Radomiaka, z którym w barażach wywalczył II ligę. Później został trenerem Polonii II Warszawa. – Pamiętam, że swój pożegnalny mecz, jako szkoleniowiec Polonii grałem w Płocku z rezerwami Wisły – opowiada. – Wygraliśmy 1:0 i Wisła spadła.
Z Warszawy przeniósł się do Łomży, gdzie z ŁKS-em awansował do II ligi. Potem był Znicz Pruszków i kolejny awans do II ligi.
Jeszcze jako piłkarz na boisku Ojrzyński był bramkarzem. Chociaż będąc w AZS ma też na koncie występy w ataku. – Byłem wszechstronnym zawodnikiem – mówi. – Zresztą zajmowałem się nie tylko futbolem. Grałem w siatkówkę, tenisa ziemnego, badmintona. Połknąłem bakcyla sportu, chociaż w mojej rodzinie nikt się nim nie zajmował.
Sport połączył Ojrzyńskiego z jego żoną Urszulą. Poznali się bowiem na studiach. – Moja żona grała w piłkę ręczną w ówczesnej pierwszoligowej Skrze – opowiada. Sześć lat temu państwo Ojrzyńscy zbudowali dom pod Warszawą. – Zostanie w nim żona i nasze dzieci: sześcioletnia Oliwia i czteroletni Jakub – mówi Ojrzyński. – Zanosi się teraz na dłuższe rozstanie. Na pewno żonie będzie ciężko, bo pracuje w Warszawie, a jeszcze są małe dzieci. Ale muszą sobie dać radę. Czasami ma do mnie pretensje, ale jakoś udaje się załagodzić sytuację.
Autor artykułu: Grzegorz Szkopek