Katarzyna Klata, łuczniczka Mazowsza Teresin, podczas igrzysk olimpijskich w Atlancie w 1996 r. w drużynie zdobyła brązowy medal. W ubiegłym roku przeszła na sportową emeryturę, a w lipcu po raz drugi zostanie mamą.
We wrześniu mieliśmy 40-lecie sekcji łuczniczej Mazowsza Teresin – mówi Katarzyna Klata. – Przy tej okazji zakończyłam karierę w wieku 35 lat, choć faktycznie nie startuję w zawodach od pięciu lat. Oficjalne zakończenie kariery było potrzebne, aby dostać emeryturę za brązowy medal zdobyty w Atlancie. A gdy już zostałam emerytką, pomyślałam o drugim dziecku. Udało się i na 4 lipca mam termin porodu. Będzie syn. Córka Ola ma już 16 lat.
Klata tylko raz startowała na igrzyskach olimpijskich, ale ten jeden start wystarczył do zdobycia medalu. To było w Atlancie w 1996 r. Jednak jej pierwsze igrzyska miały być cztery lata wcześniej. By wystartować na igrzyskach, poświęciła studia na warszawskiej AWF. Chciała wziąć urlop z uczelni, ale go nie dostała. Przerwała więc studia i wszystko postawiła na jedną kartę – sport.
– Wywalczyłam nominację olimpijską, byłam w składzie do Barcelony, ale zaszłam w ciążę.
Powiedziałem sobie, że po porodzie wracam i trenuję dalej, żeby załapać się na igrzyska. W czerwcu 1992 r. urodziłam Olę, a dwa tygodnie po porodzie już poszłam na trening. Miałam wtedy 20 lat, czułam się świetnie. Gdy trener zobaczył mnie z łukiem w ręku, ledwo z siebie wykrztusił: „Co ty tutaj robisz?”. Bardzo chciałam pojechać, ale nie pojechałam. Wszyscy bardzo mi pomogli, by jednak moje marzenie spełniło się za cztery lata – mąż, rodzice, wszyscy!
Katarzyna Klata, z domu Kowalska, jest łuczniczką w drugim pokoleniu. Jej ojciec Ryszard Kowalski dwa razy był mistrzem Polski. Teraz, w wieku 61 lat, wciąż strzela, tylko że z łuku bloczkowego. Mama Emilia była kierownikiem sekcji łuczniczej Mazowsza Teresin. Katarzyna przez 29 lat mieszkała przy stadionie Gminnego Ośrodka Sportu i Rekreacji. Tu też wychowała się jej córka Aleksandra, która też już strzela z łuku.
Cztery lata między igrzyskami w Barcelonie i Atlancie wcale nie minęły szybko, ale gdy Katarzyna wiedziała już, że spełni się jej marzenie, odetchnęła z ulgą. W podobnej sytuacji jak ona była jej koleżanka z drużyny Joanna Nowicka. Jej córka urodziła się po igrzyskach w Barcelonie i dla obu pogodzenie macierzyństwa i sportu było wielką próbą charakteru.
– Aśka miała jednak za sobą starty na igrzyskach w Seulu i Barcelonie, i dla niej samo uczestnictwo w takiej imprezie to już było za mało. Ona chciała medalu i gdy wyjeżdżałyśmy do Atlanty, powiedziała: „Twoja Ola ma trzy lata, moja Ola ma trzy lata – musi być brązowy medal”. A moim marzeniem było miejsce w pierwszej ósemce, bo to zapewniało stypendium sportowe na następny rok.
Igrzyska dla Katarzyny zaczęły się fatalnie.
– Na ceremonię otwarcia na stadionie wbiegaliśmy po jakiejś pochylni. Idziemy już po bieżni, a ja czuję, że jakoś mi tak gorąco w stopy. Miałam krew w butach. Okazało się, że to cholerne trzewiczki, które nam dano do strojów wyjściowych, starły mi i kilku innym dziewczynom skórę ze ścięgien Achillesa. Jakąś chustką obtarłam buty z krwi, ale i tak myślałam, że nie dam rady przejść przez cały stadion. Udało się cudem.
Przez pierwsze dni pobytu w wiosce olimpijskiej Katarzyna żyła emocjami innych. Tych jadących na start, a potem wracającym już zawodów. Jedni szczęśliwi, inni smutni.
– W wiosce pisaliśmy wierszyki dla kolegów. Wszyscy się znali lub poznawali i nie miało znaczenia, kto jaką trenuje dyscyplinę. Choć… Jedna z tenisistek, nie powiem która, kiedyś zadzierając noska, powiedziała: „że chce się wam po te strzały tak chodzić. Ja to przynajmniej wiem, po co ganiam za piłką”. Wtedy nic jej nie odpowiedziałam, ale gdy już obie byłyśmy po starcie i znowu się spotkałyśmy, to dokończyłam tamtą rozmowę, mówiąc: „Ja wiem, po co chodzę po strzały. Mam medal. A ty?”.
W połowie igrzysk, gdy swoje starty zakończyli pływacy, nocą w parku olimpijskim wybuchła bomba.
– To było niemal za naszymi oknami. Słyszałam to, ale myślałam, że to jakieś petardy. Potem wszystko się zmieniło. Zabroniono nam wychodzić z wioski, zostały tylko mury i trenowanie. Nastrój święta gdzieś prysnął, a nam zaczynały puszczać nerwy. Dzień przed startem Aśka postanowiła wyjść jednak na miasto, chciałam z nią iść, ale odmówiłam. No i pogniewała się na mnie. Nocą obie nie mogłyśmy zasnąć. Aż Aśka zapytała się: „Kaśka, spakowałaś dresy?”. „A po co mi?” – odparłam zdziwiona. „To w czym wyjdziesz na podium?” – powiedziała Aśka. Wstałam, spakowałam ten dres, by jeszcze bardziej jej nie wkurzać. Nasz tor był gdzieś za miastem, więc musiałyśmy wstać bardzo wcześnie, by zdążyć na start. Gdzie siedziałyśmy już w autobusie, Aśka zapytała Iwonę Dzięcioł o to, co mnie. „A po co mi dres?” – Iwona zdziwiła się tak jak ja i dostała tę samą odpowiedź. I też, rada nierada, grzecznie wróciła do pokoju po dres i spakowała go do torby.
Polki o wejście do ósemki walczyły z Rosjankami. Gdy wychodziły na tor, wszystkie zobaczyły na widowni szefa UKFiT Stefana Paszczyka. Jedna drugiej jednak o tym nie powiedziała, bo każda z nich bała się, że to jeszcze bardziej zestresuje koleżanki. Ale z Rosjankami wygrały, tak jak w boju o półfinał z Ukrainkami, w którym pobiły rekord Polski.
– Wtedy poczułyśmy, że może być medal. W półfinale z Koreankami przegrałyśmy, ale w pojedynku z Turczynkami o brąz wygrałyśmy praktycznie pierwszą serią. Ja z naszej drużyny strzelałam jako ostatnia, bo zawsze strzelałam bardzo szybko. Byłam niesamowicie skupiona. Tarcza, łuk, tarcza, łuk. Ale ponieważ znałyśmy wyniki rywalek, było też liczenie punktów. Przed ostatnią serią wiedziałam, że wystarczy, bym tylko strzeliła trzy razy w 7, a będziemy miały medal. Reszta strzał potem mogła polecieć w niebo. Dlatego po trzeciej strzale w tarczy, już zaczęłyśmy się z Iwoną cieszyć. Jednak Aśka wciąż była w innym świecie i zaczęła krzyczeć: „Co wy się cieszycie?! Kaśka, strzelaj, jeszcze masz strzały! Strzelaj!”. Przez dłuższą chwilę nie mogło jeszcze do niej dotrzeć, że już jest po wszystkim. I mamy medal.
Potem cieszyły się już wszystkie, a gdy stały na podium, łzy nie kapały po policzkach, ale płynęły rzeką.
– Nie słyszałam hymnu koreańskiego, który grali. W moich uszach, głowie i sercu płynął „Mazurek Dąbrowskiego”. Taka byłam szczęśliwa!
Katarzyna robi przerwę w swojej opowieści. W ogrodzie swego domu w Teresinie musi rozwiesić pranie. Od koleżanek dostała używane ciuszki dla dziecka, które ma się urodzić w lipcu, więc teraz spokojnie szykuje się do tej chwili. Takie drobne prace domowe, które wciąż może robić, sprawiają jej przyjemność. A gdy znowu siada w wiklinowym fotelu, kładzie dłonie na brzuszku, w którym już wierci się jej syn.
– W Teresinie jest życie – na chwilę zmienia temat. – Nigdy i za nic bym się stąd nie wyprowadziła, choć kiedyś mogłam do Warszawy. Ale nie chcę. Gdyby tam było tak dobrze, to ludzie stamtąd by nie uciekali.
Medal z Atlanty jest jeszcze w domu rodziców. Dom, w którym teraz mieszka, jest nowy i wciąż jest coś pilniejszego do zrobienia niż wystawa sportowych trofeów.
– A przy okazji ciuchów, mam z Atlanty jeszcze jedną historię. Gdy wyjeżdżałyśmy na igrzyska, jakaś dziennikarka zapytała mnie, czy zapakowałam sukienki, bo przecież my, łuczniczki, jedziemy do Atlanty tylko na wycieczkę. No i gdy spotkałyśmy się na jakimś przyjęciu już po naszym starcie, to się jej trochę odcięłam. „Widzi pani. Nie wzięłam sukienek. Szkoda, bo teraz jakaś by się przydała”.
Znaczenie sukcesu odniesionego w Atlancie dotarło do Katarzyny dopiero w Polsce. Gdy na Okęciu witał ją tłum ludzi skandujących „Te-re-sin!”, a potem, gdy zobaczyła dom i dziecko.
Katarzyna Klata ostatni raz w zawodach startowała w 2002 r. Gdy przestała strzelać, skończyła studia i reaktywowała sekcję łuczniczą w Mazowszu Teresin. W trzech grupach dzieci, juniorów i seniorów trenuje łącznie 30 osób. Sprzęt jest drogi, dlatego swój łuk oddała następcom, zostawiając sobie strzałę z nazwiskiem.
– Ona mi wystarczy – mówi Katarzyna Klata. – Chcę, by w Teresinie było więcej medalistów olimpijskich. Może właśnie strzelając z tego łuku, wychowa się następny.
Autor artykułu: ANDRZEJ CHYLIŃSKI